Czarnohora - teatr mojego życia

Wspomnienia profesora Mieczysława Zdanowicza, opublikowane w Zeszytach Tłumackich w 2002 r. Wielkie zjawiska przyrodnicze stały się pretekstem do napisania kolejnego odcinka wspomnień. Autor przedstawił piękny opis kresowej przyrody. Przedstawił wielki wędrowny Teatr Natury, którego sceną były stoki Czarnohory...

Mieczysław Zdanowicz
Zeszyty Tłumackie nr 3 (27) 2002 s. 6-8
(śródtytuły, wytłuszczenia i ilustracje z domeny publicznej wstawione przez TZ)

Czarnohora (ukr. Чорногора – Czornohora) – pasmo górskie na terenie zachodniej Ukrainy. Najwyższa część Beskidów Połonińskich i jednocześnie Zewnętrznych Karpat Wschodnich. Od strony północno-zachodniej sąsiaduje z pasmami Gorganów i Świdowca, od północno-wschodniej z Połoninami Hryniawskimi, zaś od południa z Karpatami Marmaroskimi (na terenie Rumunii). Góry te są zbudowane ze skał fliszowych, charakterystyczne są długie i łagodne grzbiety. Stoki są pokryte lasami bukowymi, w wyższych partiach iglastymi (świerki, jodły). Powyżej 1850 m n.p.m. roślinność subalpejska, na grzbietach połoniny. Czarnohora jest najwyższą grupą Karpat Ukraińskich, które do dzisiaj pozostają jednymi z najdzikszych gór w Europie. Najwyższe szczyty: Howerla – 2061 m n.p.m., Brebeneskuł – 2037 m, Pop Iwan – 2022 m, Petros – 2020 m.

Wikipedia

Czarnohora - teatr mojego życia

„... porwało mnie słońce...”
(z epitafium rzymskiego)

Urodziłem się Czarnohora (Wikimedia)we wsi Jezierzany pow. Tłumacz w starej lepionej gliną chacie, o bielonych wapnem ścianach, pod wysokim słomianym dachem. Zdeptany próg drewniany oddzielał dom - moje gniazdo rodzinne od nieznanego jeszcze, lecz bardzo ciekawego świata zewnętrznego. Słomiana strzecha była dobrym schronieniem dla licznego stada wróbli, w której chętnie zakładały swoje gniazda. Była ona również schronieniem dla wielu drobnych, niezliczonych boskich stworzeń.

Mnie najbardziej interesowały duże, tajemnicze pająki - krzyżaki. Gdy nadeszła ciepła wiosna i ożywiła z bezruchu muchy i dziesiątki przeróżnych owadów, pająki wychodziły ze swoich zimowych kryjówek i rozpoczynały budowę pajęczej sieci. Swoje łowne sieci, o zdumiewającej konstrukcji, pająki najchętniej tkały o zmroku. Twórcy tych wspaniałych budowli nie kończyli żadnych studiów na politechnice, a swoje sieci - istne cuda sztuki inżynierskiej - realizowali w rekordowo krótkim czasie jednej godziny.

Urzeczony misternym pięknem utkanej pajęczyny i jej wielkimi rozmiarami oraz tajemniczym zachowaniem krzyżaka, postanowiłem zostać jego sprzymierzeńcem. Łapałem w izbie muchy, których nigdy nie brakowało, do garści i wrzucałem je na utkaną pajęczynę. Pająk szybko zrozumiał moje intencje i gdy podchodziłem do wielkiej pajęczyny błyskawicznie spadał ze swej kryjówki i oplatał pajęczyną szarpiące się w niej muchy.

Na Kresach Wschodnich, Wołyniu, Podolu i Pokuciu człowiek nie zagrażał dużemu pająkowi, ponieważ przekazywane z pokolenia na pokolenie ostrzeżenie mówiło, że zabicie krzyżaka i niszczenie jego sieci przynosi nieszczęście dla domu. Wielkim natomiast zagrożeniem dla naszego pająka i jego sieci były częste burze idące znad Czarnohory.

Czarnohora tworzy główne pasmo górskie Karpat Wschodnich. Górski trzon Czarnohory wsparty jest na swych kończynach o dwa najwyższe szczyty, legendarnego Pop Iwana na południu i potężnej Howerli na północy. Między nimi ten wyniosły masyw budują zwarcie uszeregowane liczne szczyty górskie jak Smotrec, Munczel, Szpyci, Turkuł, Dancerz i Breskuł.

Masyw Czarnohora jest bogato rzeźbiony - pocięty i zbrużdżony przez liczne kotły i rynny, potężne skoki skalnych stopni, czeluście dolin, zapadlin i urwisk. Pod najwyższym jej pasmem biorą początek Prut i lewobrzeżne dopływy Czarnego Czeremosza. Od Pietrosa i Howerli aż do Pop Iwana, ostatniej baszty twierdzy Czarnohorskiej na zboczach ciągną się ogromne pierwotne cieniste bory świerkowe z bukiem i jodłą (gdzie promienie słoneczne z trudem ledwie się przedrzeć zdołają). Wysokie drzewa niby kolumny zielonej świątyni sięgające nieomal samego nieba przypominają strzeliste sklepienia arkadów gotyckich, a woń balsamicznych żywic potęguje wrażenie obecności potężnych świątyń.

Na bezkresnej szacie ciemnych borów jaśnieją kwieciste i wonne polany. A ponad lasami - borami, tą pierwotną dziką puszczą, zalega kraina kosodrzewiny, inkrustowana skałami i zwałami kamieni, broniącymi dostępu do wierzchołków. A powyżej nad łanami kosodrzewiny, jałowca i różanecznika karpackiego, pod samym niebem faluje rozległy, trawiasty ocean zielonych traw. Czasem w pobliżu motyl przeleci, lub w górze orzeł albo kruk skrzydłem zaszeleści. Czasem z połoniny dobiegnie daleki dźwięk tęsknej trąbiły huculskiego pasterza.

Wokół nad tym rozległym dziewiczym Krajem Pierwotnej Przyrody panuje poważna i uroczysta cisza, która pozwala przeżywać wysokość Karpat, dalekim widzeniem i bliskością dotykaną nieba.

Gdy zapada powolny zmierzch, a zachodzące słońce zacznie modelować światłem i kolorem masyw Czarnohory, pod ciemniejącym sklepieniem nieba ukazuje się nowy nieznany Kraj - obraz. Przez miliony lat geologiczne dzieje Czarnohory budowane i kształtowane odwiecznymi prawami przyrody wszechświata stworzyły dzisiejsze piękno jej krajobrazów i różnorodność form i kształtów.

W tym zadumaniu nad odwiecznym biegiem zdarzeń, gdy dopełniały się dzieje Czarnohory, wśród otaczającej Cię wielkiej ciszy posłyszysz dalekie szumy strumyków i ciche z dołu grzmoty wodospadów i wtedy zadasz sobie pytanie - czy schodzić?

{vembed Y=_us70fWd8mE}

Teatr Czarnohory

Największym spektaklem natury tego regionu świata były z pewnością potężne burze, piękne i groźne zarazem. Poszczególne szczyty masywu Czarnohory gromadziły nad sobą, jakby z kaprysu, małe chmurki, które potężniejąc zawisały nad macierzystym szczytem. Niektóre jednak porzucały swoje szczyty i odchodziły do sąsiednich chmurek potęgując ich wielkość. Gdy nocą halny nagonił chmury, które szarym welonem przykryły szczyty Czarnohory, później słońce z wielkim trudem z pomocą wiatru odsłaniało gęste kurtyny chmur zakrywające ten długi łańcuch górski.

Oryginalne zjawisko stwarzał popularny Pop Iwan. Często w pogodne samo południe, gdy nad nim nieoczekiwanie zawisła mała chmurka, Pop Iwan rozpoczynał chyba prowokacyjny z nią dialog, ponieważ chmurka odpowiadała bardzo gwałtownie, suchymi trzaskającymi piorunami, nie roniąc przy tym kropel deszczu. Po kilkunastu minutach chmura znikała, a Pop Iwan kąpał się znowu w pełnym słońcu.

Liczne szczyty Czarnohory były powodem częstych burz lokalnych. Wówczas wezbrane chmury, jak gigantyczne bałwany morskie, oblegały wyniosłe szczyty, posyłając im skrzące pioruny i ulewne deszcze. Huk grzmotów spływał na głębokie doliny, jary, przełomy rzek i dalekim echem powracał na wysokie połoniny i szczyty gór.

W czasie lata powstawały burze całego regionu o wielkiej sile, na południowo-wschodnim paśmie Czarnohory Pop Iwan jednoczył swe moce ze Smotrecem i Munczelem a Howerlą z Dancerzem, Breskutem i Pietrasem w północno-zachodnim paśmie z drugiej strony. Następowała powszechna mobilizacja brzemiennych chmur, które jak ciężka i mroczna kurtyna wisiały nisko nad Czarnohorą. Niebo łączyło się z ziemią, a ciemno-sine szczyty, jak wielkie fale rozhukanego morza, skamieniałe pod tchnieniem Bożym, biegły w siną dal bez kresu i końca. Czarnohora trzęsła się w posadach od wielkich piorunów, a oślepiające błyskawice, jak ogniste miecze Sądu Ostatecznego, przecinały niebo i ziemię.

Gdy Czarnohora została zlana ulewnym deszczem i nakłuta piorunami, wówczas oblężenie masywu ustępowało. Ciężkie i ciemne chmury, nadal brzemienne w niezmierzone ilości wody, kierowały się wolno w stronę obniżenia na Pokucie. Po przekroczeniu Dniestru ten wielki wędrowny Teatr Natury wkraczał na Podole i nie tracąc na swej sile i potędze wtaczał się w Krainę Wołynia. Osłabiony już długą i wyczerpującą wędrówką ten majestatyczny, groźny, a zarazem urzekający Spektakl Natury, dochodził jeszcze do Polesia i tam zatapiał się w rozlewiskach, bagnach i porach Poleskich.

Potężne burze jakie rodziła Czarnohora były największymi burzami środkowej Europy. Gdy znad Czarnohory dochodziły dalekie dudniące grzmoty, pająki krzyżaki pospiesznie naprawiały zerwane pajęczyny, kury, indyki pracowicie szukały pożywienia, ptaki wykazywały zaniepokojenie. Zielone rekotki w ogrodach głośnym rechotaniem zapowiadały rychłe nadejście deszczu, pszczoły w wielkim pośpiechu powracały do swoich uli. Dla gospodarzy-rolników było to wyraźne wskazanie potrzeby przyspieszenia pracy i zwiezienia do stodół suchego siana lub zżętego zboża w snopach. Wozy drabiniaste dudniły i terkotały na drogach, galopem wyjeżdżały w pole, ciągnąc za sobą długie warkocze ulicznego kurzu.

Nadchodzące z południa odgłosy potężnych grzmotów przybliżały się stale, potęgując wrażenie nadchodzącego dramatu. Wrony zebrane w stada krążyły niespokojnie nad wioską. Wysoko załadowane snopami wozy żyta, pszenicy lub owsa kołyszące się powoli, wracały z pola do domu. Cała wioska poruszana była nadchodzącą burzą, wszyscy skrzętnie się uwijali. Kobiety pospiesznie zwijały lniane płótna bielone nad potokiem, chowały wietrzoną na słońcu pościel i bieliznę suszoną na płotach. Jaskółki jak strzały puszczone z łuku śmigały w powietrzu, by przed deszczem nakarmić muchami pisklęta w gnieździe.

Przed samą burzą uderzał nagle silny i porywisty wiatr, był tak gwałtowny, że łamały się wówczas gałęzie i konary drzew, a zrywane liście fruwały jak szalona szarańcza po niebie. Po kilkunastu minutach, gdy wiatr nieco osłabł, z góry lawinowo „posypały” się grube krople deszczu rozbijając się szelestem na liściach i konarach drzew, na drogach i na powierzchni stawu, tworząc istny dywan z kropelek wody. Kto nie zdążył uciec został całkowicie przemoczony. Nierzadko spadał rzęsisty i gruby grad, czyniąc duże szkody w plonach rolnych. Temperatura szybko się ochładzała. Bydło, krowy, cielaki, kozy galopem uciekały z pastwisk do swoich stajen. Do ulewnego deszczu włączały się mocne pioruny, co chwilę niebo przecinane było trzaskającymi mieczami ognia.

*  *  *

Wiosna owego roku była wilgotna, lato było upalne, a zbiory dorodne. Gdy pierwsze duże krople spadały przed idącą burzą, ojciec zdążył wjechać pełnym wozem żyta do stodoły. Rozpoczęła się wnet obfita ulewa, wszyscy wbiegliśmy do domu chroniąc się przed deszczem i trzaskającymi piorunami. Raz po raz następowały potężne detonacje mocnych piorunów, dom o konstrukcji drewnianej, wypełniony cegłami z gliny ze słomą suszoną na słońcu, dygotał i trząsł się w posadach. Siedząc na ławach w dużej izbie w ciszy i milczeniu, patrzyliśmy przez otwarte drzwi na ulewę na zewnątrz. Otwarte na oścież drzwi były wówczas ekranem - obrazem, w który magicznie wpatrzeni, spokojnie i w pokorze czekaliśmy na przejście burzy.

Piorun kulisty pojawił się w izbie

Nieoczekiwanie nad wyraz, następuje potężna detonacja, wszyscy wraz z ławami i chyba wraz z domem podskoczyliśmy do góry z wrażenia i oto po chwili zamarłej ciszy z otwartego popielnika murowanego pieca wyłoniła się ognista pomarańczowa kula. Zamarliśmy wszyscy z wielkiego przestrachu i zaskoczenia. Kula tymczasem zachowując wysokość popielnika wolno skierowała się do otwartych drzwi sieni. W zupełnej ciszy przeszła nad progiem, a następnie w sieni pod kątem prostym skierowała się ku otwartym drzwiom na podwórko i przy zetknięciu się z wodą spływającą ze słomianego dachu eksplodowała. Widowisko wspaniałe, wrażenie niesamowite, do dzisiejszego dnia tęsknię za starym domem strzechą krytym. Od tego niezwykłego wydarzenia matka przed każdą burzą, przezornie zamykała popielnik i wyrzucała na podwórko wszelkie metalowe przyrządy kuchni i pieca chlebowego: pogrzebacze, kociuby, koczerby i łopaty. Czasem przy następnych burzach miałem ochotę otworzyć popielnik, lecz surowe spojrzenie matki przywoływało do poniechania wykonania mego pomysłu.

Bocianie gniazdo

W czasie wielkiej burzy wyjątkowo gwałtowny wicher zwalił stare drzewo wraz z gniazdem bociana. Z dachu sąsiedniej stodoły para bocianów bezradna ze smutkiem patrzyła na zwalone drzewo i zdruzgotane gniazdo. Sąsiedzi byli wstrząśnięci i mocno zaaferowani. Po krótkiej rozmowie postanowili wynieść poturbowane gniazdo i ustawić je na rogu pobliskiej stodoły. Przy pomocy licznych drabin i lin z wielkim wysiłkiem po kilku godzinach pracy ustawili na dachu stodoły gniazdo i następnie starannie zakotwiczyli je. W czasie pracy bociany wielokrotnie przylatywały i krążąc nad stodołą obserwowały pracę gospodarzy. Po wyczerpującej robocie instalacji gniazda strudzeni gospodarze usiedli przed domem na ławach i schodach domu. Bociany usiadły na przeciwległym rogu stodoły i wciąż nieufnie spoglądały w stronę gniazda. Pierwszy pan bociek ruszył w stronę gniazda i bacznie oglądał ze wszystkich stron techniczne jego osadzenie. Ocena okazała się pozytywna i pan bociek rozpoczął porządkowanie poturbowanego gniazda. Po pewnym czasie pani bocianowa przełamała swoją nieufność i zachęcona staranną pracą małżonka przystąpiła również do pracy. Od zarania wieków w tradycji regionu bocian cieszył się zawsze dużą sympatią i szacunkiem, dlatego chłopi z satysfakcją przyjęli fakt akceptacji pary bocianów, dla ich „inżynieryjnej” pracy instalacji gniazda.

Zwalenie drzewa z gniazdem bocianim w konsekwencji znalazło swoje pozytywne znaczenie. Dla bocianów było to bardzo przykre doświadczenie. Sąsiedzi po trudnej instalacji gniazda na stodole odnaleźli możliwość bliższych i przyjacielskich stosunków sąsiedzkich. Odtąd często, jeśli im czas na to pozwalał, przychodzili i siadali na ławach podejmując różne tematy. Rozmowom sąsiadów towarzyszył stale bocian „Bartek”, inwalida z ubiegłorocznego wylęgu. Pewnego dnia wypadł lub może został wyrzucony z gniazda i spadając na podwórko złamał sobie skrzydło. Po wyleczeniu próbowano go dostawić do gniazda, lecz został stanowczo odrzucony. Bartek pozostał więc na dole i stał się doskonałym gospodarzem zagrody; podporządkował i zdyscyplinował wszystkie kury, indyki i perliczki. Pies po otrzymaniu kilku bolesnych kuksańców dziobem, musiał również się podporządkować. Żadna obca kura od sąsiadów nie miała prawa nawet się pokazać, fruwało obficie wówczas pierze. Żaden jastrząb ani kruk nie odważył się na zapolowanie na kurczaki czy kury na dziedzińcu zagrody. Karmił się gotowanymi ziemniakami i kaszą, czasem dostawał surowe mięso. Poza sąsiadami, których znał dobrze, żadna obca osoba nie mogła wejść na podwórko. Pozwalał jedynie wtedy, jeśli ktoś z domowników wprowadzał obcą osobę do zagrody. Gdy sąsiedzi zasiadłszy na ławie rozpoczynali swoje gawędy, wówczas Bartek podchodził i przysłuchując się rozmowom, porządkował i gładził swoje upierzenie.

Siadając na skraju ławy z dużą ciekawością przysłuchiwałem się gawędom sąsiadów. Jedna opowieść szczególnie podobała mi się, jak to zły gospodarz został surowo ukarany przez bociana. Pewnego dnia ów gospodarz zrzucił bocianie gniazdo ze swojej stodoły. W kilka dni przyleciał bocian z żarzącym się patyczkiem i ustawił go na słomianym dachu stodoły. Wkrótce spłonęła cała stodoła niegościnnego gospodarza. Towarzystwo Bartka i jego przyzwolenie obecności w zagrodzie dawały pełną satysfakcję obecnym i zachęcały do częstych spotkań sąsiedzkich.

Gdy swoją wyobraźnią przestrzenną sięgam do Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej, zawsze przed oczyma staje obraz drewnianego Kościoła, domu rodzinnego pod strzechą pomiędzy cerkwią a kościołem i upalne podolskie lata z potężnymi burzami nadchodzącymi znad Czarnohory.